Krzyże na wierzchołkach gór...? Hmm... Moim zdaniem, jedyne takie miejsce, z którego nie należałoby usuwać krzyża, jest to szczyt Giewontu, jakkolwiek krzyż stwarza tam z oczywistych przyczyn zagrożenie. Krzyż na Giewocie niejako zrósł się z krajobrazem. Natomiast wszędzie indziej stawianie krzyży (!) wygląda jak zbędna ostentacja. Co za sens ma krzyż na Grzesiu? Na Tarnicy był - a może jest nadal - taki żelazny krzyż. W roku 2000 był dość mocno zniszczony przez coś, co potężnie trzepnęło z gory. Po co on tam? Czy bez niego Tarnica byłaby gorsza w jakiś sposób?
Kuba Wielki metalowy krzyż na Tarnicy ciągle stoi. Pytasz po co on tam? Postawiono go tam na pamiątkę wizyty w tamtych rejonach (w 1954r) wtedy jeszcze księdza Karola Wojtyły. Corocznie na Tarnicę udają się tysiące turystów. Wierzchołek Tarnicy już dawno pozbawiony został w większości trawiastego podłoża, a i pełno tam jest śmieci. Góra przyciąga też co roku rzesze nie przygotowanych na taką wspinaczkę pielgrzymów. Również w ubiegłym roku podczas organizowanej na Tarnicę drogi krzyżowej nie obyło się bez problemów zdrowotnych jej uczestników jak i problemów z załamaniem pogody. Nie wydaje mi się by stawianie na górskich szczytach kolejnych wysokich metalowych krzyży było potrzebne. Ja tego nie potrzebuję.
Jeśli o mnie chodzi, to tak jak mówiłem ten termin bez względu gdzie miałby się odbyć nie wchodzi w grę, bo mam w tych dniach egzaminy przewodnickie. Zresztą każdy weekend tej wiosny mam już zaplanowany górsko i nie ma szans, żebym się gdzieś pojawił.
Jeśli chodzi o Święta to opcja spędzenia ich poza domem nie wchodzi w grę. I tak w ogóle w nim prawie nie bywam. Jedynie rozważam opcję wyskoczenia na Drogę Krzyżową w Wielki Piątek na Tarnicę na jeden dzień, ale też jest to mało prawdopodobne.
nie wiadomo czy się śmiać czy płakać,
http://fakty.interia.pl/news?inf=743143
czy fakt, że co roku droga krzyżowa wiedzie na Tarnicę oznacza, że oddadzą ją we władanie jakiejś kurii????
na Podhalu znalazło by się chyba też parę nieruchomości, które nasz kochany rząd oddałby chętnie we władanie imamów
[ Dodano: 2006-04-28, 09:03 ]
Nie Michal. Liczba pielgrzymek w gorach jest calkiem spora. Mialem tez okazje byc (niechcaco) swiadkiem poswiecenia nowego krzyza na Tarnicy. To tez byla szopka w najgorszym wydaniu. Starsze osoby zupelnie nie przygotowane na dlugi meczacy spacer po blotnistych sciezkach. Do tego rozpetala sie niezla burza. Naprawde martwila mnie taka nieodpowiedzialnosc. Ledwo poruszajace sie starsze kobiety, zestresowane warunkami, ubrudzone blotem. Czolowka pochodu oczywiscie wyposazona w megafon. Nic milego.
Kiedys juz o tym pisalem. Pierwszy krzyz na Tarnicy zniszczyli sami wierni, wypelniajac konstrukcje kratownicowa kamieniami. Niektorym wydawalo sie, ze to wrecz grzech nie wlozyc tam swojego kamienia.
Niektore interwencje TOPR byly spowodowane posrednio przez niedpowiedzialnych ksiezy. Nie pisze tu o prowadzeniu jakis grup ale o dziwnych radach udzielanych niektorym wiernym, polegajacych na namawianiu ich np. na wycieczke na Giewont w celu wyblagania poprawy swego losu.
To jest tak, ze wierzacy przybywaja w gory z przekonaniem, ze zmniejszaja dystans dzielacy ich od Boga. Niektorzy wpadaja w jakis amok. Hierarchowie kosciola sa przeciwni stawianiu symboli religijnych gdzie badz. Niestety kler nizszego szczebla, zdecydowanie sie do tych wytycznych nie stosuje.
To co pisze nie ma zadnego zwiazku z jakas walka z kosciolem. To zwykla walka z glupota.
Jarek
Porownanie z droga do Moka calkiem sluszne. Wlasnie dlatego tej drogi unikam. Jarek
W Wielki Piątek jak co roku, odbędzie się Droga Krzyżowa na Tarnicę - najwyższy szczyt Bieszczad. Dla osób które maja uregulowane składki wyjazd kosztuje 35zł, pozostałe 42 zł. ( Szkoda byłoby nie zapłacić wcześniej składek i dołożyć do wyjazdu).
Wyjazd będzie wyglądał podobnie jak każdego roku. Będziemy wychodzić z Ustrzyk Górnych na Tarnicę. Po drodze będziemy się zatrzymywać na stacje drogi krzyżowej. Na szczycie zakończymy drogę i zaczniemy schodzić/zjeżdżać do Wołosatego i jedziemy do domu. ![]()
Kto był ten wie, że to nie lada wyzwanie i fantastyczne wspomnienia. Czeka na Wasze zgłoszenia...
Lista osób na wyjazd:
- Ania
- Amadeusz
- Andrzej
- Kasia
- Michał
- Kamil
- Marcin Ru.
+ 4 znajomych Kasi
ok a wiec tak ..
Wyjazd: 21 Marca , zbiórka o 4.30 na parkingu pod urzędem wojewodzkim ![]()
koszt :16 zł zbieram ja i najpozniej do przyszlej srody ale prosze zebyscie przyniesli w piatek na droge krzyzowa
wliczony jest koszt ubezpieczenia oraz podróż ![]()
Trasa:Ustrzyki Górne --->Muczne---> Tarnica ----> Ustrzyki Górne planowany wyjazd z UStrzyk ok. 16
w rzeszowie bedziemy koło 18 ;] badz pozniej albo wczesniej
pogode dam znac co i jak ![]()
Pozdrawiam ![]()
W wielki Piatek jak co roku - odbędzie się Droga Krzyżowa na Tarnicę. Koszt wyjazdu to tylko 15 zł dla harcerzy (20 dla osób spoza ZHP) Chętnych prosze sie zgłaszać do mnie osobiscie lub tu na forum. Dodam tylko ze naprawde warto i dobrze byłoby żebyśmy w końcu wszyscy gdzieś pojechali.... miejsca w autokarze ograniczone, dlatego zgodnie z zasadą kto pierwszy
zgłaszać sie
Czuwajcie moi drodzy;)
Wyjazd jest 06.04.07 czyli wielki Piatek. zbieramy sie o 5.30 przed urzedem wojewodzkim na parkingu. Wychodzimy z ustrzyk gornych i udajemy sie trasa PTTKU na tarnice ci co chca zdobyc jakies punkty na odznake GOT-u niech wezma ksiazeczki. Aha mam nadzieje ze znajdziesie u was paru chetnych do niesienia krzyza oczywiscie bedziemy sie zmieniac ![]()
Pozdr.
Wystartowałem kiedyś z Wołosate o 4 rano (jeszcze ciemno było) na Tarnice, a potem zachciało mi sie przejść połoninami. Doszedłem do krzyża na Smereku ok 22.00 a potem do Starego Sioła krótszym szlakiem (nieoznakowanym ale to nic bo już go zdążyłem poznać
) Może to i nie najszybciej ale po drodze wchodziłem na różne szczyty na połoninie wetlińskiej. Prowiant skończył mi sie o 10 rano ( półtora litra mineralnej i 2 czekolady) potem piłem wode ze strumyków (do których musiałem schodzić z poloniny) i z mijanych schronisk (Chatka Puchatka i jakaś baza ratowników), na połoninie wet. znalazłem w kępie paru drzew jakies jabłka ale kwaśne były ale dobre
)). A ogólnie to zajefajnie było, jak schodziłem juz ze Smereka to byłbym coś upolował albo coś upolowało by mnie ale skończyło sie na szelesczączych krzakach. A wogóle to sa wilki w Bieszczadach?
Moja w sumie wydarzyła się niedawno... bo w Wielki Piątek
Szedłem na drogę Krzyżową na Tarnicę. Ze szczytu nawet ładne widoki były, o czym doniosłem sms-em Kerajowi. Napstrykałem fotek... dumny i zadowolony idę. Przewijam film (miałem analoga) i wyciągam, patrzę, a tu nie zainstalowałem filmu... jasny gwint !!!
Druga była w Tatrach... z kuzynem na taki mały rekonesans poszliśmy, na trasie Gubałówka -> Butorowy Wierch, ale wybraliśmy się po zmroku
. No więc wyszliśmy na Gubałówkę, idziemy minęliśmy Polanę Szymoszkową, ostatnie zabudowania już za nami i wchodzimy w las. Zaśmiałem się, że tutaj są niedźwiedzie (kuzyn po górach lubi chodzić, ale nie za bardzo się nimi interesuje toteż pozwoliłem sobie na dowcipkowanie)... trochę strachu w jego oczach było (no i o to chodzi) i zaczął głośno się zastanawiać co by zrobił jakby mu niedźwiedź wyszedł na drogę... Coraz bardziej oblatywał mnie strach, aż w końcu coś zaszumiało w gałęziach...
- K***a wracamy - krzyknąłem i wykonałem taki odwrót że przy granicy lasu już prawie biegłem. Postanowiłem też że wracamy z Gubałówki kolejką...
Teraz to śmieszne się może wydawać ale mi tam wtedy do śmiechu wcale nie było, a ten las zostanie mi do końca życia.
Pozdrawiam
W
jtek B.
Kupy śniegu nie ma już i chyba już nie będzie...
Zrobiliśmy dziś traskę:
Ustrzyki Górne - Szeroki Wierch - Tarnica - Wołosate
Ogólnie rzecz mówiąc to jest strasznie szarawo i smuto teraz jakoś w tych Biesach...
Dorzucam kilka fotek:






Przypomnę że był to wyjazd Wielkopiątkowy związany z drogą krzyżową...
machoney dnia Sob 19:37, 07 Kwi 2007, w całości zmieniany 1 raz
Wołosate - Rozsypaniec - Halicz - Tarnica - Wołosate (Droga Krzyżowa) - 2007.04.07
Tradycyjnie w Wielki Piątek wybieram się na Drogę Krzyżową na Tarnicę.
Będę jechał prawdopodobnie z PKS Krosno, może kogoś z okolic Krosna zaciekawi taki wyjazd. Koszt: 35 zł.
Szczegóły:
http://tiny.pl/4gqw
Do zobaczenia na szlaku
Wczoraj wędrowaliśmy w Bieszczadach na Drodze Krzyżowej na Tarnicę.
Wrzucam jedną fotkę, niebawem więcej szczegołów.
Czekam na resztę i Wesołych Świąt 
Powstał mały reportaż z Drogi Krzyżowej na Tarnicę:
http://www.odyssei.com/droga-krzyzowa-na-tarnice/994_news.html
Zapraszam do czytania i komentowania
Mysle że nie było by problemów z wzięciem osób z poza ZHP zwłaszcza że cięzko bedzie autokar zapełnić
Taka uwaga: Nie spamujcie głupimi postami przez które temat traci główny wątek i schodzi na psy bądź koty jak kto woli. Są inne tematy do tego przeznaczone.
Wracając do głównego wątku:Nalezy pamietać ze poza chodzeniem po górach wyjazd na Tarnice jest przedewszystkim drogą krzyzową
a wiec na poczatek napisze kto mi zaplacil na tarnice a kto mi musi jeszcze zaplacic zaplacili mi :Szuder , Rommel ,Krajew ,Jurek (10zl) a jeszczeczekam na kase o dh. Tomka ,Buncola,Michała, oraz niepewnych dwoch naszych nowych kolezanek Abi i jej kuzynki. Prosze o przyniesienie pieniedzy na przyszla zbiorke ;]. Wyjazd 06.04.07czyli wielki Piatek ,zbieramy sie o 5.30 przed urzedem wojewodzkim na parkingu. Jak dobrze pojdzie to pojedzie od nas 10 osob jesli sie dziewczyny zdecyduja . co do spraw organizacyjnych zostala tylko do przygotowania droga krzyzowa(krzyz juz mamy a nosil go bedzie (mielec,jaslo albo sanok ;D) ktos go musi niesc ;)zgadza sie dh Buncolu ??
Klikajcie w linki
http://img383.imageshack.us/my.php?image=dscn1512ay2.jpg
http://img241.imageshack.us/my.php?image=dscn1641am0.jpg
Jest tego dużo więcej. Jak ktoś chce żebym mu jego fotki wysłała to pisać
gg 348749
Może by tak na wycieczkę ?? Grupa Smoków by dać motywację do walki młodszym wybiera się na wycieczkę
21 marca 2008 r - Wielki Piątek
wyjazd na drogę krzyżową na najwyższy szczyt Bieszczadów Tarnicę (1346m)
Wyjazd z zajezdni PKS w Krośnie S.A.
Zbiórka uczestników godz. 5.40
chętni proszeni o zgłaszanie się do mnie - wymagana rezerwacja
chodzicie? gdzie lubicie najbardziej? i kiedy?
Dla lubiących chodzić i zarazem mających wolny czas 20 maja. Organizowana jest jedno dniowa wyprawa na Ukrainę na góre Pikuj. Chętnych proszę o kontakt ze mną w celu zdobycia dodatkowych informacji.
Dzisiaj natomiast byłem na drodze krzyżowej na Tarnice. Warunki były trudne ale i tak było zarypiscie. Jeżdżę tak już od 3 lat: Tarnica, Smerek i znowu Tarnica. W przyszłym roku jadę na pewno i zachęcam wszystkich do pojechania na coś takiego bo to jest super sprawa.
[ Dodano: Pią Kwi 14, 2006 8:32 pm ]
Aha i wstawiam tu pare zdjęć z dzisiaj. : sory za jakość ale trochę słaba widoczność była tak kurzyło śniegiem;) <niektóre zdjęcia mogą byc nei obrucone za co przepraszam>
Przez te 3 lata zawsze trafiałem tak, że było pełno śniegu . Za pierwszym razem szliśmy przez Halicz i Rosypaniec i pogoda była znośna tylko na samym szczycie sypał śnieg. W tamtym roku poszliśmy na Smerek i bogoda była wymarzona. Około 14 stopni, czyte niebo, wszyscy krutki rękawek, podwinięte nogawki, a na około 0.5metra śniegu minimum. Teg oroku wyszliśmy z Ustrzy Górnych przez Szeroki Wierch na Tarnice i zejście do Wołosatego. W lesie było spokojnie wiatr targał troche czubami drzew. Wyszliśmy na otwartą przestrzeń i się zaczeło. Zdjęcia teg onei oddają ale momentami zawiewało tak śniegiem, że było widać 5 osób przed sobą i tyle. I tego roczna droga krzyżowa najbardziej mi się podobała poczułem się tak troszke jak polarnik
Bandusia....źle mnie zrozumiałaś,albo nie zauważyłaś ironii w mojej wypowiedzi.Oczywiście nie cieszy mnie widok niedźwiedzia w klatce ani innego zwierzaka trzymanego w niewoli.Nie cieszy mnie również to, co się dzieje w Parkach N.- jakieś bzdurne zakazy np.zakaz wprowadzania psów.Brak zgody Bieszczadzkiego PN na postawianie masztu telefonii komórkowej,przy zgodzie na postawienie krzyża na Tarnicy.Ja wiem,ze trzeba chronić to co mamy,ale trzeba to robić z głową -vide LHS.Rozbierzcie tory,zwińcie asfalt,postawcie zasieki ,tak żeby juz nikt i nigdy nie wlazł przypadkiem do Parku.Wskaz proszę gdzie w mojej wypowiedzi jest mowa o strzelaniu i paleniu.Szanuję przyrodę i dbam o nią, i chciałbym by ona była dla mnie i ja dla niej.Nie akceptuję natomiast poprawiania natury na siłę, zamiast nakazów i zakazów skłonił bym sie raczej ku edukacji.Zakazać jest najłatwiej,ale skuteczniej jest wytłumaczyć i małym i dużym jak chronić to co mamy
Pozdrawiam
Moja i moich znajomych Galeria z wypadów górskich. Trochę zdjęć z Małej Fatry, Słowackiego Raju, trochę Tatr (przybędzie więcej), kilkakrotnie Bieszczady (także drogi krzyzowe na Tarnicę). Znalazło się też miejsce na parę fotek z Kaukazu i Elbrusa.
Zapraszam
http://a13.one.pl/gallery2/main.php
Droga Krzyżowa na Tarnice odbędzie się tradycyjnie w Wielki Piątek (25.03.2005), jeśli nie wystąpią żadne przeszkody losowe. Na dzień dzisiejszy nie jestem w stanie nic więcej napisać. O szczegóły najlepiej się pytać w marca w jakimś oddziale PTTK organizującym wyjazd na Drogę Krzyżową np. w Sanoku [www.pttk.sanok.com.pl], Rzeszowie [www.pttk.rz.pl]). Serdecznie zapraszam wszystkich chętnych na Tarnice w Wielki Piątek! Pozdrawiam wszystkich turystów górskich! [/url]
Ubiegły rok może nie był zbyt opfitujący w wyjazdy ale był całkiem przyzwoitu
styczeń - Bieszczady 2 dni
marzec - droga krzyżowa na Tarnice
czerwiec - lipiec (urlop)- Niżne Tatry 3 dni
- Wysokie Tatry 1 dzień
sierpień - Slovenski Raj 1 dzień
wrzesień - Bieszczady 1 dzień
listopad - Bieszczady 2 dzni
Ostatnio będąc w bieszczadach uświadomiłem sobie że to już 20 lat udeptuje szlaki bieszczadzkie. Sporo czasu.
Dzisiaj dziękowałem Bogu za to,
że wasi przodkowie na Giewoncie wznieśli krzyż.
Ten krzyż patrzy na całą Polskę, od Tatr aż do Bałtyku,
ten krzyż mówi całej Polsce: Sursum corda! —
„W górę serca!” Trzeba, ażeby cała Polska, od Bałtyku aż po Tatry,
patrząc w stronę krzyża na Giewoncie,
słyszała i powtarzała: Sursum corda!
— „W górę serca!” Amen.
Jan Paweł II Zakopane, 6.VI.1997r.
--------------------
Napis na krzyżu na tarnicy "Wznoszę swe oczy ku górom skądże nadejdzie mi pomoc" (Ps.121)
A tak z ciekawości spytam, dużo wtedy osób rusza na Tarnicę ??
Co roku w Drodze Krzyżowej na Tarnicę uczestniczy od 1000 do 2000 osób - warto tu dodać, że nie ma jednej Drogi Krzyżowej, każda zorganizowana grupa ma własną, zaś indywidualne osoby “podłączają” się do tych grup.
Jeżeli Masz ochotę w Wielki Piątek wybrać się w Bieszczady, połączyć wielkopiątkową modlitwę i kontakt z wczesnowiosenną przyrodą zerknij na stronę www.lubaczow.pttk.pl To już V DK. W tym roku z Wołosatego przez Przełęcz Bukowską (tu zakończymy rozważania) - Rozsypaniec - Halicz - Kocioł Tarnicy (Przełęcz GOPRowców) - Tarnicę do Wołosatego.
Wyjazd z Lubaczowa 5.30, powrót ok. 21. Koszt 40 PLNów. Na pytania chętnie odpowiem.

Proszę o zdjęcie krzyża na Tarnicy...
To juz nie pierwsza moja droga krzyżowa na Tarnice i uważam fajnie będzie pujść jeszcze raz , teraz pewnie straszne błoto ale może sie jeszcze poprawi ![]()
Tak jest, to Raba Wyżna, krzyż milenijny na stoku Rabskiej Góry. Rzeczywiście podobny do tego na Tarnicy, a w założeniu ponoć kopia krzyża na Giewoncie.
Plany na 2009 ubogie, Rumunia- Marmarosz, Góry Rodniańskie, jak dobrze pójdzie to Elbrus. Troszkę Tatr, czyli rejon Doliny Niewcyrki, może Kaczej. A zacznę drogą krzyżową na Tarnicę w Wielki Piątek. Pozdrawiam.
niebede Ci zabierał to w taki razie chcę "zdjęcie krzyża na Tarnicy"
http://www.republika.pl/czerwinski_foto/bieszczady/pages/54.htm - zdjęcie krzyża na Tarnicy especially dla Penkacza. A ja chce: kanapkę z rzodkiewką, jajkiem, białym serem i majonezem:P
Może, ale zbaczacie z tematu. Nie mam pojęcia czy np. w Cisnej jest jakiś wrak samolotu, ale co do maleńkich szaleństw... co powiecie na skok na bunge z krzyża na Tarnicy??? Wtedy to dopiero by nas zapamiętali... 8)
:evil: :evil: Ja najchętniej to bym śpiewał 48 godzin na dwie doby, a w przerwach serwował pajączka, skakał na bungee z krzyża na Tarnicy, wędrował po połoninach i JACKASS!!! :evil: :evil:
Ja na Tarnicy ląduję kilka razy w roku, a na drodze krzyżowej również byłem.
Ja ja, ja lubię Uwielbiam wszystkie góry I chodzić też uwielbiam A na Tarnicy nigdy nie byłam na drodze krzyżowej, bo zawsze przypomina mi się że coś takiego istnieje dopiero w Wielki Piątek
Witam, czy ktoś wie coś na temat Drogi Krzyżowej 2005 na Tarnicę?
Na Tarnicy z roku na rok jest coraz bardziej tłoczno w Wielki Piątek, prawie jak na Krupówkach. Z tego m.in. powodu nasz Oddział PTTK w zeszłym roku zorganizował drogę krzyżową na Smerek. Nie wiem gdzie będzie w tym roku, ale na pewno będzie w Bieszczadach.
pozdr Darek
<b> Obudziły się też niedżwiedzie w Bieszczadach<b/>
Podczas Drogi Krzyżowej na Tarnicę mieliśmy okazję natknąć się na świeże ślady obudzonego ze snu zimowego.
Na ślady natknęliśmy się w okolicach mostku nad Wołosatką na drodze Wołosate - Rozsypaniec.
Jeśli chodzi o najwyższy szczyt polskich Bieszczadów, to polecam coroczną jednodniową wyprawę - wielkopiątkowa Droga Krzyżowa na Tarnicę.
Nie wiem czy to tu czy to w ogólnopolskich, ale może by zrobił jakiś grupowy wyjazd na Drogę Krzyżowa w Wielki Piątek na Tarnicę ... co Wy na to??
Pasja według Sary
Lata płynęła, a ta "wielka miłość" wciąż przelatywała mi koło
nosa. Inni ją przeżywali, oglądałam ją w filmach, czytałam o niej w
romansach, ale mnie, za cholerę, nie chciała się przytrafić. Owszem, nie
powiem, miewałam amantów z Bożej Łaski, jednakże bywały to typki
nieszczególne i raczej z łaski, niestety, chyba nie z Bożej. Zrozpaczona, na
siłę próbowałam coś przeżyć i zaaranżować dla własnych romantycznych
potrzeb.
-Poszedłbyś ze mną na "Pasję"? -zdeterminowana zadzwoniłam do Kamila, który
ostatnio wciąż się koło mnie kręcił. Chyba zaskoczyła go ta propozycja, ale
kiedy powiedziałam mu, że stawiam bilet, ochoczo się zgodził. Film Gibsona
dopiero wszedł na ekrany i wywoływał burzliwe dyskusje. Niektórzy mieli po
nim nawet ekstatyczne przeżycia. Co mi tam! Miałam nadzieję, że i mnie
przytrafi się wreszcie coś głębszego i z sensem. Mój niefart wylazł nawet z
ekranu, bo film mi się nie podobał. To nawet mało powiedziane. Gdzie tam nie
podobał, on po prostu obrażał moje uczucia religijne. Nic to! Myślałam, że
po seansie razem z Kamilem wpadniemy w wir dyskusji, że dzięki temu poznamy
się trochę lepiej. Miałam nadzieję, że coś miedzy nami zaiskrzy i
rozbłyśnie. Zaiskrzyło, akurat!
-Masz samochód? -spytał Kamil, gdy brnęliśmy do wyjścia w niesamowitym
tłumie.
-Nie, nie mam. -uśmiechnęłam się do niego zachęcająco. Specjalnie nie brałam
auta, żeby dać mu możliwość własnych propozycji. Nic takiego nie nastąpiło,
a ja, jak idiotka, czekałam na niego pół godziny przed kinem, bo gdzieś mi
się zapodział w tłoku. Zapodział i nie wrócił! Zmarzłam jak cholera, jako
że noc nie należała do najcieplejszych i musiałam wziąć taryfę do domu.
Następnego dnia zadzwonił. Cud, że mnie od razu szlag nie trafił, prawdziwy
cud!
-Sorrki, Saro, za wczoraj, ale całkiem o tobie zapomniałem. Tak mnie
rozstroił ten film.
-Nic nie szkodzi! Naprawdę nie ma sprawy! -odparłam nader układnie, ale po
kilku minutach pomściłam się na telefonie. Pierdyknęłam nim z całej siły o
ścianę. I dobrze! Telefon też miał swoją Pasję!!! Kamil o mnie zapomniał, to
kim ja byłam? Śmieciem? Postawiłam mu bilet, a on w noc czarną i zimną
zostawił mnie pod kinem. -Pożałujesz, padalcu! -odgrażałam się mściwie. I
pożałował! Okazja do zemsty straszliwej sama wepchnęła mi się w ręce.
Może i Wielki Piątek nie był odpowiednim dniem do
krwawych odwetów, może nie powinnam być taka zawzięta, ale jakoś ta gorsza
część mnie wzięła górę. Znowu razem z zapominalskim Kamilkiem wybraliśmy
się, by wziąć udział w Drodze Krzyżowej na Tarnicę. Tym razem zapobiegliwie
wzięłam swojego matizka, całkiem rozsądnie zresztą, bo bieszczadzkie wzgórze
było typowym miejscem, gdzie nawet odważne wrony zawracały. Nocny powrót
stamtąd bez własnego środka transportu wydawał się niemożliwością. I
pogoda! Rany, miałam najprawdziwszego farta, bo i ona stanęła po mojej
stronie. Piździło deszczem ze śniegiem, wiał przejmujący wiatr i dokuczliwy
ziąb przeszywał na wskroś. Uroczy, bogobojny Kamilek nie miał ze sobą
komórki, ani nawet litościwego parasola. Przez to wszystko nie bardzo mogłam
się skupić podczas Drogi Krzyżowej. Szłam z nim pod moim parasolem, mozolnie
przemierzaliśmy stacje, a ja wciąż myślałam o mściwym finiszu. Czułam się
grzeszna, podła, a jednocześnie silna i pewna swoich racji. Skoro mój amant
taki religijny, tak niesłychanie wrażliwy, że nawet prymitywny film Gibsona
zrobił na nim silniejsze wrażenie niż moja nieszczęsna osoba, należała mu
się Pasja według Sary. I miał ją! Zapewniłam mu moc autentycznych doznań,
o wiele prawdziwszych niż te z ekranu. Zostawiłam go pod Tarnicą,
odjeżdżając z piskiem opon. Mój matizek radośnie ruszył naprzód, a
sprzymierzeniec- wiatr wepchnął Kamilowi do gardła krzyk rozpaczy. Jak
bezradny kretyn stał w deszczu i nie mógł wprost uwierzyć, że tak zwyczajnie
sobie odjechałam. Następnego dnia zadzwoniłam.
-Sorrki, że o tobie zapomniałam!
-Ty dziwko! -wychrypiał zakatarzony.
-Dobra była Pasja według Sary? -uszczęśliwiona zaczęłam się śmiać. Pewnie na
miłość prawdziwą przyjdzie mi jeszcze poczekać, ale nic to. Cierpliwa jestem
i pełna przeróżnych pasji.
Wtorek 26 czerwca, pobudka o barbarzyńskiej porze, budzik dzwoni o trzeciej, jednocześnie moje szczęście sprawdza telefonicznie czy wstałam. A ja i tak nie mogłam spać, więc nawet nie jest tak najgorzej ze wstaniem. Zbiórka wycieczki o 4,20. Szybkie pakowanie bagaży i autobus wyrusza o 4,40. Wielkopolska żegna nas chmurami. W Łodzi i Rzgowie próbowałam ciepło myśleć o dwóch kolegach z forum, ale pogoda nie pozwoliła Lało i wiało. Podejrzana ta łódzka aura
Pierwszy dłuższy przystanek na trasie to Jaskinia Raj. Przeraża nas ten deszcz, który leje za oknem, ale jak mijamy Kielce, to wychodzi słońce i nie opuszcza nas już prawie do końca wycieczki. Jaskinia Raj jest cudowna. Wcale mnie nie zdziwiło, że grotołazi, którzy pierwsi zdecydowali się na jej eksplorację tak ją nazwali. W wielu różnorodnych formacjach skalnych wyczarowałam swój prywatny, bajkowy świat.
Po Jaskini Raj przyszła kolej na ruiny zamku w Chęcinach. Aura uległa już takiej poprawie, że z wieży zamkowej roztaczał się widok aż po horyzont. Żadnych chmur, żadnej mgły.
Następnie przetransportowano nas w rejon pasma Łysogór, do miejscowości Nowa Huta. Jaki tam był spokój... Wieczorem, po kolacji i zakwaterowaniu, wybraliśmy się na dłuższy spacer na Łysą Górę. Po drodze rzut oka na gołoborza świętokrzyskie. Na szczycie Łysej Góry przycupnął klasztor Ojców Oblatów Św. Krzyż z przechowywanymi tam relikwiami krzyża, na którym został ukrzyżowany Jezus Chrystus. Dzięki uprzejmości jednego z nowicjuszy dane nam było poczuć atmosferę tego miejsca. Wpuścił nas do świątyni i ciekawie opowiadał, chociaż w tych dniach klasztor nie był udostępniony zwiedzającym.
No i wieczorem padłam jak kawka Okazało się później, że tak będzie wyglądał mój każdy wieczór na tej wycieczce. Napięty program i dużo atrakcji sprawiało, że wieczorami nie mieliśmy problemów z zaśnięciem. No i oczywiście pomagał nam w tym złocisty płyn
Dzień drugi wycieczki – pobudka o siódmej, szybkie śniadanie i jazda do Sandomierza. Zawsze marzyłam o zobaczeniu tego miasta i ciągle nie było mi po drodze. Teraz los się do mnie uśmiechnął. Uwielbiam takie miasta z historyczną atmosferą. Spędziliśmy tam kilka godzin. O kilka dni za mało... Był i rzut oka z Bramy Opatowskiej na wijącą się pod miastem Wisłę i spacer podziemiami Sandomierza i Wąwóz Piszczele i zamek i kościoły i lody na rynku z widokiem na ratusz.
No i w końcu wieczorem wylądowaliśmy w Myczkowcach. Przedsmak Bieszczad(ów), pokój z widokiem na zalew i zielone wzgórza nad Soliną.
Dzień trzeci – rano zapora na Solinie. Jak ja nie cierpię tłumów Jak na deptaku w Sopocie. Tysiące ludzi i hałas. Szybko przemykamy na przystań i wyruszamy w godzinny rejs po zalewie. Przynajmniej na wodzie było spokojniej. Po Solinie przetransportowano nas na pstrąga do Przysłupia. Miałam cichą nadzieję, że pojawi się bieszczadzka ciuchcia, ale niestety. Pozostały tylko puste tory ciągnące się w głąb Bieszczad(ów). No i ten piękny widok na Smerek i Połoninę Wetlińską. Nareszcie Biesy i Czady. Jak przystało na wycieczkę wygodnych ludzi, autobus przewozi nas po pstrągu na piwo do Siekierezady. Nie wyobrażam sobie pobytu w Bieszczadach bez wdepnięcia do tej knajpy w Cisnej. Nierozerwalnie kojarzy mi się z atmosferą Bieszczad(ów). Tam mamy spotkanie z miejscowym poetą i pisarzem. Dopiero kiedy ma się kontakt z prawdziwymi bieszczadzkimi zakapiorami, można zrozumieć, co tych ludzi przyciągnęło w te rejony. Przeważnie są to bardzo wrażliwi ludzie, których przytłaczało życie w mieście. W Bieszczadach odnaleźli wolność. Ze spotkania z Ryszardem Szocińskim wyszłam z innym spojrzeniem na świat. Zrozumiałam, że w życiu powinno liczyć się coś innego niż codzienna gonitwa za karierą i kasą. No i niosłam oczywiście pod pachą opowiadania Pana Ryszarda ze specjalną dedykacją No i wieczorem padłam na wieczorku tanecznym nie miałam sił tańczyć
Dzień czwarty to w całości Sanok. A więc i zamek sanocki z ładną wystawą ikon i malarstwa Beksińskiego. Następnie skansen architektury drewnianej. I w końcu coś, czego się strasznie bałam, a co spodobało mi się ogromnie – spływ pontonami do tajemniczej doliny Sanu. Nie byłoby w tym spływie nic dziwnego i przerażającego, gdyby nie to, że płynie się tam na pontonach, własnoręcznie wiosłując pagajami. Oczywiście w pontonie czterech laików ubranych w kapoki, bez flisaka (jak na spływie Dunajcem). A ja strasznie boję się wody... Jednak pierwsze koty za płoty i po kilkuminutowym kręceniu się w kółko opanowaliśmy ten nieszczęsny ponton i dopłynęliśmy do celu
Dzień piąty to wycieczka w nieznane, w inny świat – Ukraina i Lwów. Już teraz wiem, dlaczego batiarzy lwowscy śpiewali „bo ni ma jak Lwów”. Miasto przepiękne, ale strasznie zniszczone. Potrzebne byłyby chyba miliony, żeby przywrócić Lwowowi dawną świetność. Jednak spod kurzu, zniszczonych murów i żebrzących ludzi przebija majestat tego miasta. No i oczywiście na każdym kroku można poczuć polskość. Każdy z naszej wycieczki był zachwycony innym zabytkiem, ale wszyscy, cala czterdziestka jednakowo płakała na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Prosty w swojej architekturze, a bardzo przejmujący. Zresztą cały Cmentarz Łyczakowski emanuje wielkością, historią, pamięcią o dawnych czasach. Bo taki był Lwów, bo taki jest Lwów. Teraz wiem, że te kilka godzin spędzonych w tym mieście to tylko przedsmak. Tam trzeba wrócić, koniecznie...
Dzień szósty to „górska wyrypa” Najpierw wizyta w Nowosiółkach w Muzeum Przyrodniczym, zakrapiana kawą Darz Bór J Hmmm, humor po takiej kawie jest przedni Następnie przejazd na Przełęcz Wyżną i spacer na Połoninę Wetlińską (w zasadzie jej skraj) do Chatki Puchatka. Godzinka przy schronisku i spacerek w dół. Potem przejazd do Wołosatego do stadniny koni huculskich. Urocze zwierzęta
Dzień siódmy, ostatni – zwiedzanie zamku w Łańcucie (pomimo poniedziałku i zamkniętego muzeum) i powrót do Poznania. Oczywiście nie musze mówić, że w Łodzi znowu rozpętał się kataklizm. Widok z okien autobusu jak z Wojny światów, wichura i pioruny, bleeee.
Przepraszam, że relacja taka długa, chociaż bardzo starałam się ją skrócić. Zdjęcia mam, ale musi przyjechać mądry i mi je przegrać z aparatu na komputer. Jak będziecie zainteresowani, to je wkleję.
Na koniec dodam, że celowo pojechałam na taką lightową i zorganizowaną wycieczkę. Miała ona na celu sprawdzenie mojej kondycji po tegorocznych problemach zdrowotnych. Na połoninę wlazłam bez zadyszki, więc chyba doszłam już do siebie J Oczywiście pozostał wielki niedosyt, że na przykład tylko Chatka Puchatka, a dlaczego nie cała Połonina, a w ogóle to dlaczego nie Tarnica, że nic w Lesku, a jest tam tyle rzeczy do zobaczenia, że nie zdążyliśmy przejechać szlakiem ikon, ale wiem, że wrócę w Bieszczady jeszcze nie raz, być może już w sierpniu
Odnawiam temat. Gdzieś przepadł w Stajenkowych otchłaniach….
Znaki określające przebieg szlaku:
• Znak podstawowy:
Kwadrat o boku 150 mm w kolorze białym z umieszczonym centralnie pomarańczowym kołem o średnicy 60 mm.
• Znak początku/końca szlaku:
Kwadrat o boku 150 mm w kolorze białym z umieszczonym centralnie czarnym kołem o średnicy 100 mm i na nim symetrycznie umieszczonym pomarańczowym kołem o średnicy 60 mm.
• Znaki zmiany kierunku przebiegu szlaku:
1.Znak umieszczany przed rozwidleniem:
Kwadrat o boku 150 mm w kolorze białym z umieszczonym znakiem skrętu w kształcie paska o szerokości 30 mm zagiętego w połowie pod kątem 90°.
2.Znak umieszczany przed rozwidleniem:
Prostokąt o bokach 150 mm i 200 mm w kolorze białym z umieszczonym znakiem skrętu w kształcie paska o szerokości 30 mm zagiętego w połowie pod kątem 135°.
3.Znak umieszczany na rozwidleniu:
Kwadrat o boku 150 mm w kolorze białym z umieszczoną centralnie pomarańczową strzałką o długości 150 mm i szerokości 30/90 mm.
• Znak informujący o zmianie kierunku szlaku:
Kwadrat o boku 150 mm w kolorze białym z umieszczonym centralnie wykrzyknikiem (Wysokość wykrzyknika 120 mm, średnica kropki 30 mm).
• Znak informujący o postoju lub popasie:
Kwadrat o boku 200 mm w kolorze białym z umieszczonym na nim piktogramem głowy konia i nad nim czarnym zarysem dachu.
• Znak informujący o stajni etapowej:
Kwadrat o boku 200 mm w kolorze białym z umieszczonym na nim piktogramem głowy konia i czarnym zarysem dachu i ścian stajni. U dołu znaku można podać odległość do stajni etapowej.
Urządzenia informacyjne:
•Drogowskaz o wymiarach 150 x 450 mm (W tym strzałka kierunkowa 110 mm), na białym tle w czarnym kolorze umieszcza się numer szlaku, piktogram głowy konia, nazwę miejscowości i odległość w kilometrach lub godzinach albo piktogram popasu/postoju lub stajni etapowej i odległości w metrach. Krój i wielkość liter określa załącznik nr 1 do Instrukcji. Skróty km, h oraz m należy pisać małymi literami. W górach należy podawać odległość w godzinach marszu stępem. Na grocie strzałki znak podstawowy szlaku.
• Tabliczka z numerem szlaku o wymiarach 120 x 200 mm, na białym tle w czarnym kolorze numer szlaku i piktogram głowy konia, a obok po prawej stronie pomarańczowy znak podstawowy szlaku.
• Tabliczka o wymiarach 150 x 150 mm, na białym tle centralnie umieszczony czarny wykrzyknik (Wysokość wykrzyknika 120 mm, średnica kropki 30 mm) oznacza nakaz poruszania się ze zwiększoną uwagą lub konieczność zejścia z konia (Stromy odcinek szlaku, zawały leśne, odcinki zabronione, inne przeszkody lub miejsca trudne, skrzyżowanie z ruchliwą drogą itp.).
• Tabliczka o wymiarach 200 x 200 mm, na białym tle centralnie umieszczony pomarańczowy wykrzyknik (Wysokość wykrzyknika 120 mm, średnica kropki 30 mm), a z lewej i prawej jego strony piktogramy głowy konia w kolorze czarnym oznacza początek (Lub koniec) wspólnego odcinka ze szlakiem pieszym lub rowerowym.
Grażyna Orłowska-Rybicka
http://www.konieirumaki.pl/nr/turystyka/szlaki_turystyki_jezdzieckiej.html
Transbeskidzki Szlak Konny
Jest to najdłuższy w naszych górach szlak wytyczony przez PTTK . Jego długość to 600 km. Rozpoczyna się w Brennej w Beskidzie Śląskim i dociera, aż do leżącego na krańcu Bieszczad, na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego – Wołosatego. Bieszczadzki Szlak Konny łączy się z końcówką Szlaku Transbeskidzkiego.
I etap Brenna - Żabnica Długość 9 godz
Szlak rozpoczyna się w Beskidzie Śląskim – w Brennej – Jatny i prowadzi nas przez Grabową ( 900 m n.p.m.) do przełęczy Salmopolskiej ( 934 m n.p.m.) i Malinowskiej Skały ( 1152 m n.p.m.), aby poprzez Magurkę Wiślańską ( 1140 m n.p.m.) wjechać w dolinę rzeki Soły, czyli w Beskid Żywiecki. Piękne krajobrazy, jak również dobrze rozwinięta infrastruktura turystyczna nie pozwala na nudę. Co kilka kilometrów natrafimy na schronisko górskie lub ośrodki agroturystyczne przygotowane na przyjęcie konia z jeźdźcem na „popas”. Tak więc zajeżdżając z Magurki Radziechowskiej przez Glinne ( 1034 m n.p.m.) do Węgierskiej Górki natrafimy na Dom Wczasowy „Zacisze”, gdzie można zrobić odpoczynek. Następnie szlak prowadzi przez Węgierską Górkę do Żabnicy. Na tym odcinku szlak biegnie obok fortyfikacji obronnej z czasów II wojny światowej. W dalszej części stokami Abrahamowa ( 857 m n.p.m.) dojeżdżamy afiliowanego przy PTTK Ośrodka Górskiej Turystyki Jeździeckiej „Alaska”.
II etap Żabnica - Korbielów Długość 5 godz.
Rankiem wyruszamy na bardzo atrakcyjny widokowo odcinek Transbeskidzkiego Szlaku Konnego z OGTJ „Alaska” poprzez Halę Boraczą ( 854 m n.p.m.), Lipowską ( 1324 m n.p.m.), Rysiankę ( 1322 m n.p.m.) na Halę Miziową ( 1330 m n.p.m.) i do OGTJ „Fero” w Korbielowie. Na tym odcinku możemy kolejno odwiedzać wymienione schroniska górskie, natomiast na Lipowskiej jest przygotowana zagroda dla koni. Stąd jeszcze tylko krótki zjazd do OGTJ Fero w Korbielowie. Ten etap szlaku nie jest zbyt długi, więc możemy rozkoszować się pięknem Żywieckiego Parku Krajobrazowego oraz rezerwatu „Pod Rysianką”. Przy dobrej widoczności możemy podziwiać Tatry, Babią Górę ( 1725 m n.p.m.), pasmo Małej Fatry oraz Choczę ( 1601 m n.p.m.).
III etap Korbielów - Zawoja Długość 8 godz.
Następnego dnia z OGTJ „Fero” kierujemy się do centrum Korbielowa, a następnie przez Szczawiny i przełęcz Glinne ( 809 m n p. m.) wyjeżdżamy na Jaworzynę ( 1047 m n.p.m. ) Klejno przez przełęcz Głuchaczki ( 830 m n.p.m.) i wzdłuż granicy państwa dojeżdżamy do przełęczy Klekociny ( 864 m n.p.m.), przez którą zjeżdżamy do następnego Ośrodka OGTJ „Dyzma” w Zawoi.
IV etap Zawoja - Zubrzyca Górna Długość 5 godz.
Kolejnego dnia przez przełęcz Krowiarki ( 1012 m n. p. m. ) wyjeżdżamy z Beskidu Żywieckiego i wjeżdżamy na Orawę, i po dwu godzinach jesteśmy w Gospodarstwie Agroturystycznym Joanny Omylak w Zubrzycy Górnej.
V etap Zubrzyca - Bukowina Tatrzańska Długość 12 godz
Dalej czeka na nas Podhale. Mamy przed sobą jeden z dwu najdłuższych, choć łatwych odcinków prowadzący piękną, rozległą kotliną nowotarską. Przez Orawkę, Ludźmierz i Szaflary dojeżdżamy do OGTJ Bogdana Pietrzyka w Bukowinie Tatrzańskiej.
VI etap Bukowina Tatrzańska - Jaworki Długość 13 godz
Przed nami kolejny, tym razem najdłuższy etap i już nie tak łatwy jak poprzedni, ale za to ze wspaniałymi widokami jako, że wędrujemy podnóżem Tatr i Pienin – przez polski Spisz. Z Bukowiny Tatrzańskiej przez Brzeg i Jurgów, gdzie przekraczamy piękną górską rzekę Białkę jedziemy do Niedzicy, po drodze wyjeżdżając na Pieskowy Wierch
( 983 m n. p. m.) oraz Krzyżową ( 767 m n. p. m.). Obok Zalewu Czorsztyńskiego przez Dunajec wjeżdżamy na teren Pienińskiego Parku Narodowego, w związku z czym kolejne kilometry jedziemy poboczem asfaltowej drogi aż do Krościenka, skąd przez Szczawnicę docieramy do leżącego w Jaworkach, na pograniczu Małych Pienin i Beskidu Sądeckiego, OGTJ - Stadnina Koni Rajd.
VII etap Jaworki - Uhryń Długość 10 godz.
Z Jaworek przez przełęcz Obidza ( 931 m n. p. m. ) oraz przez Suchą dolinę zjeżdżamy do Piwnicznej. Następnie wspinamy się na Jarzębaki ( 715m n. p. m. ) i kolejno jedziemy przez Hale Pisaną (1043 m n.p.m. ) oraz Łabowską ( 1064 m n.p.m. ), z której zjeżdżamy do położonego w Uhryniu OGTJ Leśniczówka Józka Górskiego.
VIII etap Uhryń - Hańczowa Długość 6 godz.
Opuszczając Uhryń, opuszczamy też Beskid Sądecki, gdyż po paru kilometrach wjeżdżamy na tereny Beskidu Niskiego. Łagodnymi zboczami i malowniczymi dolinami przez przełęcz Cygańskie Pola ( 717 m n.p.m. ) i dojeżdżamy do Berestu skąd przez Czyrną, Banicę, Ropki dojeżdżamy do OGTJ Połonina w Hańczowej.
IX etap Hańczowa - Kotań Długość 8 godz.
Z Hańczowej jedziemy przez Kiczerkę ( 625 m n.p.m. ) do Skwirtnego i dalej przez Regietów, Zdynię, Radocynę, Nieznajową i Rostaje dojeżdżamy do OGTJ Stajnia Rumak w Kotani.
X etap Kotań - Lipowiec Długość 9 godz
Z Kotani ruszamy w kierunku Krempnej, gdzie wjeżdżamy do Magurskiego Parku Narodowego, dalej przez wieś Polany kierujemy się na Olchowiec i dalej doliną wsi Wilcznia, aż do grzbietu, który oddziela nas od wsi Smereczne, skąd jedziemy przez Tylawę do Zyndranowej. /Przekraczamy ruchliwą drogę Dukla - Barwinek/.
Z Zyndranowej szlak wiedzie nas do OGTJ Ostoja w Lipowcu
XI etap Lipowiec - Dołżyca Długość 8 godz.
Z Lipowca kierujemy się na szczyt Kamień ( 857 m n.p.m. ) i dalej graniczną granią przez Jasiennik ( 718 m n.p.m. ), do Koprywicznej, gdzie skręcamy na Rudawkę Jaśliską i dalej przez Jasiel wracamy na grań. Mijamy szczyty Kanasiówka ( 823 m n.p.m. ), Pasika ( 848 m n.p.m.), Danawa ( 841 m n.p.m. ), Średni Garb ( 822 m n.p.m.), za którym zjeżdżamy do OGTJ Pantałyk w Dołżycy.
XII etap Dołżyca - Zubracze Długość 6 godz.
Wyjeżdżając z Dołżycy pozostawiamy za sobą Beskid Niski i wkraczamy w Bieszczady. Jedziemy przez Radoszyce, Nowy Łupków, następnie mijamy Smolnik i docieramy do OGTJ Latarnia Wagabundy. Tutaj możemy stanąć na popas, by po odpoczynku udać się w dalszą drogę. Stąd już niedaleko do końca etapu czyli do OGTJ Połonina w Żubraczym.
XIII etap Żubracze - Nasiczne Długość 6 godz.
Z Żubraczego jedziemy do Przysłupia, gdzie w OGTJ Oberża Biesisko możemy stanąć na popas. Dalej szlak wiedzie nas przez Jaworzec, Hulskie, Zatwarnicę i dalej przez przełęcz ( 825 m n.p.m. ) między Dwernik - Kamieniem, a Jawornikiem dojeżdżamy do OGTJ Leśniczówka w Nasicznym.
XIV etap Nasiczne - Wołosate Długość 4 godz.
Opuszczając Nasiczne wjeżdżamy na teren jakże przychylnego turystom konnym Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Szlak wiedzie przez Caryńskie, przełęcz Przysłup ( 785 m n.p.m. ) gdzie można przy studenckim schronisku Koliba stanąć na popas, dalej mijamy Bereżki, Ustrzyki Górne i wzdłuż potoku Wołosatka dojeżdżamy do położonej u stóp Tarnicy ( 1346 m n.p.m. ) Stadniny Koni Huculskich w Wołosatym czyli do końca szlaku.
Tekst. Marek Piotr Krzemień
Oznakowanie szlaku to żółte kółka na białych kwadratach, namalowane na drzewach i słupach.
http://gtj.pttk.pl/p_08_szlaki_beskidzki.html
w ostatnim numerze n.p.m. ukazał się obszerny artykuł na temat geocachingu w Polsce (fragment można przeczytać na stronie http://www.npm.pl/artykul.php?art=1430 )
mam nadzieję, że nikt się nie pogniewa jeśli przytoczę całość:
n.p.m. - Magazyn Turystyki Górskiej nr 8 (sierpień 2008) s. 58-61
Skarb na szczycie góry
Filip Springer
Niemal na każdym ważniejszym polskim szczycie znajduje się skarb. Jednak żeby go odkryć, przed wyruszeniem w drogę trzeba się dobrze przygotować. A na samym szczycie wykazać szpiegowskimi wręcz umiejętnościami i intuicją indiańskiego tropiciela. No i nie można liczyć na wielkie bogactwo.
W Tatrach, Bieszczadach czy na Babiej Górze. Na szlakach Beskidu Niskiego czy Gór Izerskich, w Karkonoszach i Kotlinie Kłodzkiej. Pod kamieniami, zwalonymi drzewami, na węzłach szlaków i w opusz-
czonych pasterskich szałasach. Jeśli wszędzie tam zobaczysz dziwnie zachowującego się człowieka z saperką i odbiornikiem GPS, możesz mieć pewność, że masz do czynienia z łowcą skarbów. Geocacherem.
Skarb w dworze
– Zasada jest prosta – mówi Filip Stefaniak, założyciel pierwszego w Polsce serwisu dla miłośników geocachingu. – Ja mam odbiornik GPS i szukam skarbów, czyli niewielkich skrzyneczek ukrytych w charakterystycznych punktach przez innych użytkowników GPS. Współrzędne tych punktów zostawiają na stworzonej przeze mnie stronie internetowej.
Czyli wystarczy wejść, ściągnąć na swojego GPS a dane interesujących nas skrzynek i ruszyć na wędrówkę. Potem, już w terenie, wpatrując się w wyświetlacz odbiornika, iść tak długo, aż będzie się pewnym, że to tuż-tuż. I wtedy zacząć szukać.
– Odbiorniki, jakie są w sprzedaży, mają dokładność nie większą niż 5-10 metrów. Dlatego poszukujący skrzynki może się wspierać jej opisem zostawionym przez internautów, którzy dotarli do niej wcześniej – wyjaśnia Stefaniak.
Zaglądam do sieci: „Skrzyneczka znaleziona, choć z wielkim trudem. Faktycznie jest na ganku, w dziurze.... tylko ten skarb, jak i sama dziura kamykiem jest przysłonięta delikatnie. Więc trzeba spojrzeć najpierw, który kamień jest mniejszy i leży luzem i jednak go wyjąć, aby dostać się do skarbu. Aczkolwiek, jak się dobrze przyjrzeć, to fragmenty folii widać w dziurze, więc można bez rozbierania całego muru go znaleźć. Skrzynkę pozostawiam ukrytą, tak jak ją zastaliśmy” – to o skarbie w Dworze Stroińskich w pobliżu szlaku prowadzącego do źródeł Sanu w „bieszczadzkim worku”.
Mobilna albo drive-in
Czym są skarby, że ludzie chcą ich poszukiwać i odkrywać?
- Każda puszka składa się z kilku elementów: niewielkiego ołówka, książeczki wpisów (log booka) oraz drobnego prezentu dla odkrywcy. To może być batonik, płyta CD albo breloczek czy figurka postaci znanej z kreskówek - wylicza Filip Stefaniak. - Całość musi być spakowana do szczelnego plastikowego pudełka i owinięta folią.
Skarby lubią znikać, zwłaszcza te schowane w uczęszczanych przez turystów miejscach, więc zawiniątko jest często dobrze zakamuflowane. Odkrywca po wpisaniu się do log booka, zabraniu prezentu i umieszczeniu w pudełku czegoś od siebie, musi je dokładnie zapakować i umieścić w tym samym miejscu.
Po powrocie do domu może się podzielić z innymi internautami swoimi wrażeniami dotyczącymi poszukiwania skrabu i czekającej tam niespodzianki.
Są jednak skrzynki wyjątkowe. Stworzona przez Stefaniaka strona internetowa www.opencaching.pl wymienia kilka ich typów. Skrzynki "drive-in" są dla leniwych, którzy zamiast wyjść w teren, wolą nie odchodzić od samochodu. Ten typ skrzynki umieszczony jest bowiem zawsze w pobliżu parkingu. Skrzynka "mobilna" może być przeniesiona przez odkrywcę w inne miejsce. "Multicache" to skarb, który trzeba zlokalizować na podstawie współrzędnych ukrytych w kilku innych skarbach schowanych w okolicy. I wreszcie skrzynka matematyczna - jej odnalezienie nie sprawi kłopotu osobom o ścisłych umysłach, które szybko poradzą sobie z obliczeniami prowadzącymi do upragnionego celu.
- Tak naprawdę ogranicza nas tylko inwencja i własna wyobraźnia - śmieje się Stefaniak.
Import z Ameryki
Geocaching jako zabawa powstał w Stanach Zjednoczonych w chwili, w której upowszechniły się osobiste odbiorniki GPS. Dziś kilkaset tysięcy skrzynek ze skarbami rozsianych jest po całym świecie. Najwięcej w USA i Wielkiej Brytanii. Amerykańscy żołnierze umieszczają swoje skrzynki na pustyniach Iraku i w górach Afganistanu. Polarnicy chowali je już na Antarktydzie. Znajomi Filipa umieścili polską skrzynkę pod wieżą Eiffla. Skarby są na wszystkich kontynentach. Bo wszędzie są geocacherzy.
- Miałam przyjaciela Hiszpana, maniaka geocachingu. Podróżowaliśmy po Pirenejach i zamiast zwiedzać oblegane przez turystów miejsca, on, wpatrzony w GPS, ciągnął mnie w jakieś podejrzane zaułki - mówi Anna Pawleta, etnolog. - Dzięki temu poznałam Gibraltar z zupełnie innej strony. A on "zaliczył" kolejne skrzynki.
Do Polski geocaching trafił stosunkowo niedawno. Pierwsze skrzynki założył właśnie Filip Stefaniak w 2004 roku. Od tego czasu zarówno skarbów, jak i ich poszukiwaczy przybyło. Dziś samych skrzynek jest ponad trzy tysiące. Osób ich poszukujących nikt już nie liczy.
- Geocacherzy to taka społeczność, która wyszła z sieci - mówi Radosław Zych z Warszawy. - Wielu pozostaje anonimowych, a punktami zostawiania śladów po sobie, zamiast wirtualnej przestrzeni, są skrzynki ze skarbami.
Poszukiwanie wciąga
Geocacherzy poszukujący skarbów dzielą się na kilka kategorii. Są tacy, którzy preferują obszary miejskie, inni szukają silnych doznań, czołgając się w bunkrach i tunelach, wchodząc na rusztowania czy penetrując bagna. Jeszcze inni szukają skarbów w określonych obszarach Polski. Albo w górach.
- Chodzę po górach od małego. Kiedyś pojechałem w Kotlinę Kłodzką z pożyczonym GPS-em. Na ekranie zaczęły migać mi informacje, że w pobliżu znajdują się skrzynki geocache. Wprowadził je mój kolega, który w geocaching bawił się już wcześniej - opowiada Artur Brzozowski z Kielc. - Od tego czasu szlaki moich kolejnych wędrówek wyznaczają skrzynki.
Jak sam przyznaje, poszukiwanie skarbów za pomocą GPS-a zmodyfikowało nieco jego ekwipunek zabierany na górskie wyprawy. Sporej wielkości odbiornik, mała saperka, rękawice ogrodnicze, długi drut do sprawdzania, czy coś jest pod ziemią, gumki recepturki, plasikowe pudełka, kilka gadżetów do odnalezionych skarbów i pęk ołówków.
Radosław Zych dodaje, że początkowo dość podejrzliwie podchodził do zabawy w poszukiwanie skarbów. - Ale gdy znajdziesz jeden skarb, to już nie przestaniesz. Ja szukam w weekendy gdzieś daleko w terenie, a w wolnych chwilach przeczesuję najbliższą okolicę mojego domu. Zawsze jest czas na poszukiwanie. To wciąga.
Skrzynki w górach
Gdzie najlepiej szukać skarbów w polskich górach? Strony internetowe poświęcone geocachingowi wymieniają kilkaset lokalizacji od Pogórza Izerskiego po Bieszczady. Najwięcej jest ich w Kotlinie Kłodzkiej i Bieszczadach - po kilkadziesiąt skarbów w najważniejszych i najczęściej uczęszczanych punktach. Skrzynki znajdują się też na takich szczytach, jak Śnieżnik, Szczeliniec, Kasprowy Wierch, Krzemieniec czy Tarnica. Jednak poszukiwacze ukrywają je także w bardziej intrygujących miejscach. Wystarczy poczytać opisy skrzynek na stronach internetowych, by nabrać ochoty na ich odszukanie. Zachęcają do tego już same, często bardzo wymyślne nazwy skarbów.
Geocache w uroczym Beskidzie Niskim: "skrzynka ukryta jest w drzewie, ok. 150 cm nad poziomem gruntu. W okolicy można podziwiać niesamowite widoki. Piwo nie zmieściło się do skrzynki, więc jest zapakowane w worku obok".
Piknik pod Wiszącą Skałą: "(...) do zabrania: świecący bączek, auto dźwig, szekla, szklany świecznik, puzle Ratatuj, układanka 15-tka, światło chemiczne".
U świstaków: "W przerwie szusowania polecam zwiedzanie zabytkowych szałasów, stanowiących onegdaj letnią bazę jurgowskich pasterzy i zaliczenie ukrytego w okolicy kesza. A na podsumowanie dnia polecam zimne, czopowane piwo prosto od pivovara, w Chacie Murań w pobliskich słowackich Podspadach - mmm, bajka!".
- O to właśnie chodzi. Wędrujesz po górach, co już samo w sobie jest absolutnie rewelacyjne, a do tego od czasu do czasu odkrywasz skarby w miejscach, do których zwykle byś nie trafił - zapala się Artur Brzozowski.
Geokrety w akcji
To, co znajdzie się w skrzynkach, zależy tylko od inwencji geocacherów. Szczotkujący krasnal przywędrował z Lublina, przejechał się kawałek w plecaku, potem wylądował na kilka długich tygodni pod ziemią gdzieś w Beskidzie. Szczotkujący Krasnal to jeden z geokretów - niewielkich zabawek, które zmieniają "miejsce zamieszkania" wraz z każdym ponownym odkryciem skarbu. W internecie można śledzić losy na specjalnych stronach i forach poświęconych geocachingowi. To urozmaicenie wprowadzone całkiem niedawno w polskim środowisku geocacherów.
- Z jednego objazdu wróciłem kiedyś z ośmioma niewielkimi buteleczkami, którymi mogłem się raczyć potem w długie zimowe wieczory - mówi dyplomatycznie Radek Zych.
Ale zdarzają się też prawdziwe skarby. W specjalnych skrzynkach, zakładanych zwykle przez kilka osób, można przy odrobinie szczęścia znaleźć naprawdę wartościowe przedmioty. Zwykle jednak droga do nich jest o wiele trudniejsza niż do zwyczajnych skarbów.
- Na tydzień przed wyborami prezydenckimi zrobiliśmy skrzynkę o wdzięcznej nazwie Dwie Kaczki. To był multicache, więc żeby zdobyć jego współrzędne, trzeba było znaleźć pięć innych skrzynek. Ale ten, któ go odnalazł, oprócz satysfakcjizdobył sporą butelkę Johny Walkera i kilka innych trunków - podkreśla Zych.
Dwóch Kaczek przez kilkanaście godzin szukały dwie ekipy poszukiwaczy. Przy kolejnych skrzynkach pośrednich mijali się o kilkanaście minut, nie wiedząc o sobie.
- Często jest tak, zwłaszca w weekendy, że przy skrzynkach, na przykład na uczęszczanych górskich szlakach czy na Kasprowym Wierchu, jest spore zamieszanie i można spotkać znajomych z internetu - mówi Filip Stefaniak. - Łatwo ich poznać: kręcą się podejrzanie w jednym miejscu, gapią się pokątnie na GPS-y albo palmtopy. W końcu ruszają w jakimś dziwnym kierunku, a po chwili tryumfalnie krzyczą.
Porażka pod Krzyżną
O tym, jak trudno jest odnaleźć geocache, mogę się przekonać, wędrując po Rudawach Janowickich. Pożyczam GPS-a i za cel swojej eksploracji obieram jeden z najwyższych szczytów Rudaw - Krzyżną Górę. Dotarcie w okolice skarbu nie sprawia większego problemu, bo to zaledwie kilkanaście minut marszu i kilka minut mozolnego podejścia od jedynego w tych górach schroniska - Szwajcarki. Na szczycie mój odbiornik dumnie pokazuje, że jestem niecałe dwa metry od celu. Podekscytowany rozpoczynam więc poszukiwania. Oglądam z pedantyczną precyzją okolice krzyża stojącego na szczycie góry i wszelkie skalne szczeliny. Rzut oka na odbiornik i... okazuje się, że nagle jestem 30 metrów od skarbu. Niezrażony zerkam w notatki ściągnięte z internetu i szukam dalej. Po godzinie przeczesywania skał poddaję się. Skarbu albo nie ma, albo nędzny ze mnie geocacher. Umiem za to zwrócić na siebie uwagę, bo niemal wszyscy, którzy w tym czasie wdrapali się na szczyt Krzyżnej pytali, czy coś zgubiłem, a nawet oferowali pożyczenie mi czapki - "bo tak okropnie wieje".
Podczas moich poszukiwań złamałem kilka podstawowych zasad geocacherów. Przede wszystkim, każdy, kto przyglądał mi się dłużej niż kilkanaście sekund, od razu wiedział, że czegoś szukam, i to za pomocą odbiornika GPS. A to niedopuszczalne, bo powoduje, że inni, którzy poszukiwaczami nie są, też zaczynają węszyć.
- I jak skarb znajdą, to z reguły baton zjedzą, jeśli tam jest, a resztę wyrzucają na śmietnik albo zabierają ze sobą - wyjaśnia Filip Stefaniak.
Do skarbów się wraca
W dodatku poza GPS-em nie miałem nic ze sobą. Żadnego prezentu, cukierka ani przyborów do naprawy skrzynki. Gdyby okazała się ona zniszczona, nic nie mógłbym zrobić.
- W dobrym tonie jest włożyć coś od siebie do pudełka po zabraniu znajdującego się tam prezentu - wyjaśnia Artur Brzozowski. - Jeśli skarb jest uszkodzony albo przemoczony, należy zabezpieczyć go tak, by nie ulegał zniszczeniu. Dlatego zawsze noszę ze sobą worki foliowe czy gumki recepturki.
Obowiązkiem każdego poszukiwacza jest także wpisanie się do log booka (którego ja nie odnalazłem) oraz opisanie swoich przygód w internecie. Dzięki temu każdemu następnemu będzie łatwiej pokonać trudności, z którymi ty sobie pradziłeś. A dlaczego skarbu nie znalazłem?
- Miałeś pecha, bo akurat ten skarb jest ukryty 50 metrów od miejsca, które wskazuje pojedynczy GPS. Najlepiej szukać skarbów w kilka osó wyposażonych w odbiorniki i uśredniać ich wynik. Warto też dobrze wczytać się w notatki zostawione przez internautów w sieci i przejrzeć zdjęcia miejsca ukrycia skarbu - wyjaśnia rozbrajająco Artur Brzozowski.
I rzeczywiście, gdy po powrocie z mojej ekspedycji zaglądam do internetu, sprawa wydaje się banalnie prosta. Na zdjęciu widnieje wykrot pod skałą, obok której przechodziłem kilkanaście razy.
- To jest całe piękno geocachingu - śmieje się Brzozowski. - Musisz tam po prostu wrócić.
tomtom
Bieszczady 13-17 luty 06
Dzień 1
Rawki. Zaśnieżoną drogą dochodzimy do szlaku i wchodzimy w las. Korzystając z uprzejmości weekendowych poprzedników, którzy zostawili nieco tylko przysypany ślad, raźno zasuwamy do góry. Tomek wysuwa się do przodu, nadając ostre tempo. Wlokę się za nim, poprawiając co chwila świeżo nabyte elementy wyposażenia. Las wokół wygląda niemożebnie ślicznie, więc głowa chodzi mi naokoło, obracam się też czasem w zadumie, czy aby Zbyszek Wach byłby zadowolony z naszego przecierania. Skutek tych działań jest oczywisty: w trakcie podziwiania zasypanej buczyny połączonego z poprawianiem plecaka wpieprzam się na drzewo. Robimy postoje na okoliczność działalności fotograficznej, w trakcie drugiego dogania nas nieco zziajane młode dziewczę i raźno zabiera się za wyrastające nad nami pagóry. Nie płaczemy z tego powodu, gdyż ślad staje się coraz bardziej wczorajszy, śniegu też jakby coraz więcej. Tempo marszu spada znacząco, prowadzącemu dziewczęciu zdecydowanie przydałby się krótki kurs u Ramiego. Po chwili w ciszę prastarej puszczy wdzierają się odgłosy dwóch kolejnych osobników płci żeńskiej. “Muszą gdzieś tu mieć swoje gniazdo”, pomyślał Stirlitz, a my za nim. Poszerzony do czterech sztuk peleton na kolejnym podejściu zlikwidował dobrze zapowiadającą się ucieczkę, a zaraz potem dołączył do nas cenny – jak się później okazało – nabytek w postaci kolegi Cezarego, znanego również jako Cebrzyk. Na dobry początek posłaliśmy go do awangardy a konto naszego torowania w dolnych partiach, a sami zajęliśmy się dysputą na tematy różne z trzema ambitnymi kumoszkami z Windsoru. Niestety ślady wszelkiej działalności ludzkiej definitywnie szlag trafił na polance wieńczącej długie ramię, którym Wielka Rawka opada w stronę Ustrzyk. Końcowy odcinek lasu był wręcz koszmarny, miejscami szło się w zaspie dwumetrowej wysokości, w narastającej stromiźnie, a potem było jeszcze ciekawiej – karłowata buczyna przykryta masami luźnego śniegu najbardziej dała w kość ambitnie torującemu ten fragment Tomkowi. Szczytowa połonina na szczęście była solidnie wywiana, u góry piździło jak zwykle bardzo solidnie, więc szybkim krokiem zwialiśmy w stronę Małej Rawki i do bacówki. Widoki takie sobie, z wyjątkiem zasuwającego skroś grzbietu zająca wielkiego jak sarna i landszaftów na Wyżniańskiej.
Dzień 2
Bereżki – Przysłup Caryński - Połonina Caryńska – Ustrzyki
Człapiemy szosą w dół, po czym skręcamy w stronę Koliby. Powyżej schroniska ślad robi się mocno wczorajszy, więc drepczę bez pośpiechu, kontemplując krajobrazy – ta okolica jest moją ulubioną w Bieszczadach. Z polanek odsłania się widok na byłe Caryńskie w dole, za plecami Magura Stuposiańska, wokół coś na kształt ogrodu, jakieś krzaczki, choinki, jałowce, duperelki, wszystko jak jesienią, tylko białe i błota nie uświadczysz. Pod zboczem połoniny ślad definitywnie się kończy; Tomkowi definitywnie wysiadają nadwerężone wczorajszym torowaniem cztery głowy, więc wraca nazad ku schronisku, a ja kieruję się do góry. Słaby pomysł. Wiatru zero, plus dwa dni świeżego opadu, plus parszywe trawniki, plus zero tyczek, śladu czy innego szajsu za wyjątkiem smętnej tablicy lawinowej zmieniają sympatyczny spacerek w koszmarek. Brnę do góry, co chwila zapadając się po pas albo i lepiej w mieszaninę z niczym niezwiązanego śniegu, jakichś krzaczorów i kęp trawy, w końcu docieram na szczyt. Widoczność taka sobie, nic nie przewiane, śladów ludzi i Yeti nie stwierdzono. Mając w pamięci świeżo ogłoszoną trójkę tak genialnie kieruję się po formacjach wypukłych, że przecinam skroś jedyną w całej okolicy formację wklęsłą, kurwiąc przy tym niemiłosiernie na wzmiankowane zapadanie, nie wzięcie rakiet, etc. Pod ostatnim wzniesieniem Caryńskiej, upstrzonym bardzo sexi nawisikami spotykam parę burżujów na skiturach, cokolwiek zdziwionych moją bytnością tudzież ubawionych przyjętym sposobem poruszania się. Stojąc po cycki w śniegu robię poglądową fotę pt. “dlaczego narty są lepsze od butów” i wlokę się do lasu. Kawałek zajmujący jesienią góra czterdzieści minut przeszedłem/przepełzłem w godzinę pięćdziesiąt. Skonstatowawszy ten fakt, zmywam się w dół.
Dzień 3
Szeroki Wierch
Tomek wrzucił na luz i poszedł spacerkiem do Wołosatego. Mnie w udziale przypadło przyatakowanie czerwonego szlaku przez Szeroki do Przełączki pod Tarnicą i samą Tarnicę. W lesie idzie się ekstra – nieco przetarte, wczorajsze ślady nart, żyć nie umierać. Po drodze standard – drzewa, polanki, wiata, jeno widoków mało. Do pierwszej tyczki ponad lasem docieram w takim tempie, że zaczynam coś pod nosem bredzić o Haliczach, Rozsypańcach, innych bzdurach. Oczywiście rzeczywistość skrzeczy. Zaczyna się powtórka z rozrywki, czyli zapadanie w cholerny trawnik. Próbuję na chłopski rozum znaleźć ślad ścieżki, ale bez sukcesu. Postanawiam nie kopać się bez sensu w czoło i wlokę się diretissimą na słabo widoczny pierwszy wierzchołek połoniny. Nie jest to szczególnie mądry pomysł, bo zakłada łażenie po wklęsłości pod uroczym mininawisem, ale jakoś nie mam ochoty torować na około do grzbietu. Docieram do drogowskazu z timerem, podziwiam przeorane przez siebie półmetrowe wyrwy w podłożu i zasuwam w miarę komfortowo dalej. Zaczyna wiać, widoczność znacząco siada, momentami nie bardzo wiem, czy idę grzbietem, czy zaczynam z niego zbaczać, nic to, jest drugi wierzchołek, co jakiś czas znajduję przywiane ślady nart, więc chyba idę gdzie trzeba. Trzeciego wierzchołka trochę się naszukałem i w końcu znalazłem, choć w zasadzie nie było widać już nic. Idę więc dumny jak paw, włażę na czwarte wzniesienie i wpadam w stupor – jakie, kurwa, czwarte wzniesienie? Choćby skały srały ostatnio jak tu byłem było ich trzy... Czuję się przez moment, jakbym znalazł piąty Czerwony Wierch. Patrzę na zegarek – kawałek na czterdzieści letnich minut łoiłem trzy godziny. Mam do wyboru szukać przełączki albo wracać po śladach. Schodzę kawałek, robi się cholernie stromo – jeśli zejdę dalej, to już na górę nie wrócę. Niby mądrzy ludzie mówią, że w sytuacjach wątpliwych należy spadać jak najszybciej w dół; teoretycznie w takich pagórach jak Bieszczady nie jest to zagrożone lotem z progu, ale z drugiej strony już kiedyś byłem w kotle Terebowca i nie chcę sprawdzać, czy kocioł Wołosatki jest podobnie uroczy. Szczególnie zimą. Tak więc po śladach. Słaby dowcip – po pięciu minutach nie ma już nic, cholerny wiatr przywiał wszystko dokumentnie, a przecież robiłem dziury jakbym na perszeronie jechał. Kontrolnie sprawdzam zasięg w komórce: totalne zero. Trudno, gdzieś leźć trzeba, lezę więc, gratulując sobie udanych zakupów sprzętowych, bo mimo parszywej zawiei było mi ciepło i komfortowo. Najwyraźniej jak się nie ma w głowie, to dobrze przynajmniej wyskrobać coś z portfela... Dotarcie do pierwszej oznaki cywilizacji – słupka ścieżki dydaktycznej - zajmuje trzy kwadranse kręcenia się jak gówno w przerębli. Dwie godziny później znajduję drogowskaz, po paru krokach w dół widzę znajome choinki, jeszcze kilkanaście minut i wreszcie mogę zapalić – będę żył Powrót przez las był niekończącą się mordęgą, więc uzyskawszy wreszcie zasięg wyciągam partnera na pierogi. W drodze na kwaterę spotykamy wracającego z Wetliny Cezarego; umawiamy się na następny dzień.
Dzień 4
Tarnica
Droga do Wołosatego prezentuje się dużo korzystniej w śniegu, niż bez niego. Tomek obiera kurs na Przełęcz Bukowską, ja z Cezarym kierujemy się niebieskim szlakiem do góry. Polana z boiskiem jest niestety zupełnie zasypana, więc już na początku dostajemy solidnie w kość. W lesie na szczęście znajdujemy nędzne resztki śladu, tradycyjnie ginącego na ostatniej polanie w lesie. Widoczność spada tradycyjnie z każdym krokiem powyżej drzew, wieje niemiłosiernie. Z braku tyczek i innych wskazówek rezygnujemy z poszukiwań przełęczy i kierujemy się wprost do góry na szczyt. Robi się stromo, a potem cholernie stromo, zapadając się i klnąc pod nosem myślimy przy każdym zjeździe na brzuchu o czekanie czy czymś takim. Wdrapujemy się na coś, co powinno być wierzchołkiem, krzyża niestety nie widać, niczego innego również. Na chłopski rozum robimy paręnaście kroków na lewo – nic. Parędziesiąt w prawo – też nic. A przecież do cholery musimy być na Tarnicy, bo na czym innym. Cezary wyraźnie ma ochotę iść dalej, jednak po doświadczeniach poprzedniego dnia zarządzam odwrót. Nie był to taki głupi pomysł jak się okazało: dwóch ciężkich chłopów pełznących po stoku o nachyleniu 60 stopni minimum powinno zostawiać ślady niczym spychacz, tymczasem parę minut po przejściu nic z nich nie zostało. Turlamy się więc “na azymut”, znajdujemy las i drepczemy w dół. Venom mądry chłopak jest – kto w lutym w góry jeździ W wiacie Cezary przeprowadza eksperyment z użyciem palnika i śniegu, na pogawędkę wpada trzech gości na skiturach, planujących zakładać na Tarnicy trasę na weekendowe zawody. Nie są specjalnie zachwyceni naszą relacją z warunków na górze, jednak idą ambitnie dalej, a my w dół, do knajpy i następnego dnia niestety do domu.
http://www.jkw.pl/forum/read.php?1,4867
Fotki do relacji: http://www.jkw.pl/galerie/cpg/thumbnails.php?album=189
Tommer91, Huczaj, Krzymul, Ala, Zakochani w Tatrach
Muszę się Wam do czegoś przyznać, moja odnowiona przygoda z górkami rozpoczęła się dokładnie 13 marca 2008 wejściem na Lubomir, podczas którego myślałam, że umrę w trakcie podejścia.
Od miesiąca miałam upragnione prawko, dojazd z Krakowa zajął mi … lepiej nie pisać, w każdym bądź razie wysiadłam z samochodu mając wrażenie, że szczyt zdobyłam, tak byłam spocona.
0 kondycji, pogoda okropna; śnieg na przemian z deszczem, zgubiłam się na szlaku … ale po powrocie do domu, Boże, nigdy nie zapomnę tego uczucia …
Czasami życie ( czyt. człowiek ) potrafi tak „dorypać”, że nie wiadomo co zrobić.
Wtedy przeczytałam w necie o KGP, przypomniałam sobie o łazikowaniu z czasów licealnych i tych wcześniejszych, i tak odnowiła się moja miłość do GÓR.
Oto sentymentalna relacja z letniego wejścia na Tarnicę.
Rodzinne sprawy opóźniły mój wyjazd z Przemyśla w kierunku Ustrzyk Górnych, deptałam po pedale gazu ile się dało, wypatrując z niepokojem, czy aby gdzieś NIEBIESCY nie czają się za zakrętem .
Totalna głupota jak na tak mało doświadczonego kierowcę, bo nie zawsze jest tak, że cel uświęca środki. Obyło się bez nieszczęścia i haltowania przez NIEBIESKICH.
Ustrzyki Górne, dolny parking, środek tygodnia, masa ludzi. Pytam parkingowego, gdzie dokładnie zaczyna się czerwony szlak na Tarnicę, a on do mnie, czy opłacam postój na cały dzień.
Mówię: panie, jaki cały dzień, ja mam w planach wejście dziś na dwa szczyty, proszę zapisać godzinę, a ja po powrocie uiszczę ile trzeba.
On: Nie ma sprawy, ok., a ten drugi szczyt to który?
Ja: Lackowa.
On: Nie słyszałem.
Ja: Beskid Niski.
On: Aaa, znam.
Taaaaa.
W międzyczasie i pobliskiej przestrzeni parkuje bardzo sympatyczna rodzina (2+1), która usłyszała moją rozmowę z parkingowym. Przesympatyczna pani radzi mi pojechać do Wołosatego i stamtąd wyjść na Tarnicę, bo szlak krótszy i niby mniej nudny. Na szczęście coś mnie tknęło i stwierdziłam, że skoro tutaj przewalają się tabuny ludzi, to w Wołosatym pewnie jest jeszcze gorzej.
Ruszyłam w górę, już pieszo, drogą asfaltową.
I tu moja rada: niepotrzebnie stracony czas i męczenie nóg, należy podjechać do budki, gdzie uiszcza się stosowną opłatę za wejście na teren BPN, bo obok jest parking dla samochodów.
Właściwy szlak zaczyna prowadzić przez las, momentami przez specjalnie wyłożone deski i pomiędzy drewnianymi poręczami, na których co jakiś czas widnieją informacje, aby nie schodzić ze szlaku – regeneracja otoczenia przyrodniczego.
Prę do przodu swoim rytmem, jak czołg – powoli ale skutecznie, mijam zziajanych innych wchodzących. Uśmiecham się do siebie, bo wkoło mnie wszędzie jakieś grzyby nadrzewne i zaczynam czerwony szlak nazywać „grzybnym”.
Przed samym wyjściem z lasu ostro w górę i moja pierwsza hiperwentylacja. Wychodzę na „zieloną przestrzeń oceanu” i robię pierwszy postój. „Dopaszczowo” nawadniam organizm Piwniczanką, poprawiam sznurowadła i wyciągam kurtkę z plecaka na podorędzie. Zaczyna boleć mnie gardło od co chwilowego cześć i dzień dobry.
Ruszam dalej, na stromym podejściu przez połoninę druga hiperwentylacja
Schodzący pan w humorystyczny sposób pociesza mnie : „wszyscy w tamtym kierunku jakoś dziwnie tak dyszą, a ja biedaczek syczę z bólu, czując jak palce próbują zrobić mi otwory w butach”.
Suszę zęby do pana, ale w oczach mam mord !
Kolejny odpoczynek, zakładam kurtkę, bo w tych Bieszczadach to mają jakieś takie dziwne przeciągi i jakoś znienacka zrobiło się chłodniej. W oddali widzę szczyt Tarnicy, robię zdjęcia i sunę dalej, a im dalej tym więcej ludzi
Dochodzę do miejsca, skąd widzę przełęcz i szlak od Wołosatego, włosy stają mi dęba – przemarsz wojsk to mało… idę dalej, a im dalej tym mniej prywatnie, społeczeństwo wręcz ociera się o siebie !
Już na szczycie podziwiam widoki (oj, warto zdobyć tę górę), a na pierwszym planie biwakujących … hmm, kilka zdjęć i zaczynam schodzić.
Za przełęczą mijam jakąś grupę dzieciaków - chyba kolonistów. Dwie dziewczynki siedzą na kamieniu i jedna użala się do drugiej z wilgotnymi oczkami: po co my tu idziemy, przecież tu nic nie ma, tylko same widoki i widoki.
Powolutku schodzę w dół i w pewnym momencie mam oczy szeroko otwarte ze zdumienia, widzę rodzinę (2+3), mamusia w klapeczkach, dwa biegające wkoło brzdące z lekko posiniałymi ustami (na połoninie czuć wyraźnie spadek temperatury) i tatuś w sandałkach pchający wózek z trzecim berbeciem. Nie byłam aż tak bezczelna, aby uwiecznić szczęśliwą rodzinkę na zdjęciach, choć inni robili to z upodobaniem …
Przed wejściem w las chwilowy odpoczynek i znów dopaszczowe nawadnianie organizmu. Mijają mnie trzy dziewczyny i jeden chłopak - jacyś tacy dziwni i nie na czasie, bo… zbierają do reklamówki śmieci zostawione przez innych – normalnie nienormalni !
Już na parkingu wywalam do pojemnika na śmieci butelkę po Piwniczance, 4 po innych wodach, kilka opakowań z batonów i 3 puszki po piwie, heh, też jestem jakaś niedzisiejsza.
Pan parkingowy: A czułem, że pani nie wejdzie na Tarnicę i w pewnym momencie zrezygnuje, skoro ma pani jeszcze pojechać dziś dalej.
Ja : Każdy czuje co innego, ale jesienią to będę mieć chyba tu zniżkę za parkowanie, bo z przyjemnością wrócę, aby nacieszyć oczy innym kolorytem lasów spod krzyża na Tarnicy.
( niestety, nie udało się jesienią, wdrapałam się tam w zimie, o czym już wiecie ).
Gdy pan zobaczył zdjęcia, to oczka zaokrągliły mu się z lekka, pogratulował, pożyczył szczęśliwej drogi, pobrał opłatę, machnął mi ręką, w którym kierunku na Komańczę i bumcykając pięścią w klatę obiecał, że będę mieć zniżkę.
Dalej relacja dotyczy Lackowej i cholernego pecha jakiego tam miałam, ale żeby nie zanudzać zapraszam do galerii zdjęć :
http://picasaweb.google.pl/Mglejarka/Tarnica02#